Tym razem niezwykle utalentowane studio FromSoftware zaprosiło do współpracy niebyle kogo, bo znanego z Gry o Tron George’a R.R. Martina. I choć ostatecznie jego rola przy tym projekcie ograniczyła się do stworzenia podwalin i mitologii świata gry – tzn. Ziem Pomiędzy, to w zasadzie tyle wystarczyło.
Sezon 7 lista odcinków serialu Gra o tron (2011) - Sprawdź informację o tym sezonie. obsada, twórcy, galeria, zwiastun, lista odcinków i forum sezonu.
Finał sezonu Gry o Tron data jest ustawiona na 19 maja 2019 r.. Jeśli nie oglądałeś odcinka 5 z tego tygodnia, zachęcamy do nadrobienia zaległości przed przygotowaniami do finału. Jeśli nie oglądałeś odcinka 5 z tego tygodnia, zachęcamy do nadrobienia zaległości przed przygotowaniami do finału.
Podziel się komentarze 10. „Gra o Tron” nadawana przez HBO jest jednym z najpopularniejszym seriali na świecie. Opowiada o dziejach kilku rodzin szlacheckich, które walczą o panowanie nad
FoxGames Szklany Tron. Karciane gry Kolekcjonerskie. Dedykowane dla graczy od 12 lat. Minimalna liczba graczy: 2, maksymalna liczba graczy: 2. Szacowany czas gry: Do 1 godziny. 4,3 5 0 2 opinie. 38,39 zł. Idź do sklepu. szczegóły dostawy. dostępny do tygodnia.
Wierni fani serii rozpisują się o jego wskrzeszeniu, ale nikt z produkcji, ani tym bardziej koledzy z planu nie potwierdzają takich spekulacji. Można mieć jedynie pewność, że "Gra o tron
"Gra o tron" się skończyła, za nami szósty odcinek i większość fanów – obojętnie czy ósmy sezon im się podobał, czy wręcz przeciwnie – jest z tego powodu smutna. Mówią, że nie
Opis. Film dokumentalny "Gra o tron: Ostatnia warta" ("Game of Thrones: The Last Watch") zanurza się głęboko w pełen błota i krwi serialowy świat "Gry o tron", aby pokazać pot i łzy, jak również chwile triumfu, które towarzyszyły jego twórcom przy kreowaniu świata Westeros i jego bohaterów. Zdjęcia kręcone były nie tylko w
Gra o tron - memy. Ostatni, 8 sezon Gry o tron wystartował 14 kwietnia. W oczekiwaniu na nowe przygody bohaterów i ielki finał największej serialowej sagi fantasy warto przyjrzeć się
Gra o tron. Pieśń Lodu i Ognia. Tom 1. Wydanie serialowe już od 44,09 zł - od 44,09 zł, porównanie cen w 2 sklepach. Zobacz inne Fantastyka i fantasy, najtańsze i najlepsze oferty, opinie..
o4Kkvxq. Koniec "Gry o tron". Kiedyś tych słów oczekiwalibyśmy z napięciem, ostatnio z coraz większą obojętnością. Po obejrzeniu finału zostało nam westchnąć z ulgą – tak, to naprawdę koniec. Spoilery. Starałem się. Jeśli czytaliście moje recenzje kolejnych odcinków 8. sezonu "Gry o tron", to wiecie, że naprawdę starałem się dostrzegać w nich to co najlepsze, choć często nie było to łatwym zadaniem. Próbowałem także nie podzielać nastroju potężnego rozczarowania, jaki im towarzyszył, a który stopniowo przekładał się wśród widzów na obojętność. Stan jeszcze kilka tygodni temu absolutnie nie do pomyślenia, przecież mowa o największej serialowej superprodukcji w historii, która miała się lada moment skończyć! Co poszło straszliwie nie tak? Gra o tron – co poszło nie tak w finale? To akurat temat na dłuższy wywód, a ja miałem tylko o finale. No więc wracając do tematu, finał "Gry o tron" nie był mi kompletnie obojętny. Przeciwnie, czekałem na niego z zainteresowaniem, po części naiwnie wierząc, że twórcy w ostatniej chwili wywiną jakiś spektakularny numer, a po części nie dowierzając, że naprawdę mogli to wszystko tak spartolić. Cóż, "The Iron Throne" pokazało, że owszem, mogli, choć wcale nie mieli najgorszych pomysłów. Problem w tym, że po drodze popełnili tyle błędów, że odwrócić ich w 80 minut zwyczajnie się nie dało. Efekt jest taki, że zamiast wielkiego finału, który zapisze się złotymi zgłoskami w historii małego ekranu, dostaliśmy telewizyjną papkę, do jakiej produkcje spod szyldu HBO raczej nie przyzwyczajały. Jasne, to ciągle papka efektowna, zawierająca kilka ładnych obrazków i na pewno w dużym stopniu zaskakująca, ale rany, to miał być ten odcinek, który zapamiętamy na zawsze, który nas podzieli i emocjonalnie rozerwie na strzępy? Serio? Wygląda na to, że to jednak nie żart, zatem ja też podejdę do sprawy poważnie. Drodzy twórcy, daliście ciała. Co z tego, że doprowadziliście sprawy do mety w miarę logiczny sposób (podkreślam – w miarę), skoro na sam koniec daliście nam odcinek kompletnie jałowy? Zakończenie tak wyprute z emocji, że próby jego sztucznego wywoływania mogły powodować w najlepszym wypadku wzruszenie ramion, a w najgorszym atak śmiechu. Ten zaś średnio pasował do sytuacji, w końcu oglądaliśmy dramatyczne ostatnie chwile naszych bohaterów, próbujących coś uradzić, gdy pył powoli opadał na zrujnowaną Królewską Przystań. Gra o tron – kto zasiadł na Żelaznym Tronie? Z niego wyłaniały się po kolei pozostałe przy życiu postaci, robiąc dokładnie to, czego należało się spodziewać. Tyrion zatem najpierw błyskawicznie odnalazł się w gruzach i opłakał rodzeństwo, a potem wręczył swojej przełożonej wypowiedzenie, po czym trafił do lochu. Jon był zszokowany, ale że kiedyś zdarzyło mu się uklęknąć, to nie mógł nic z tym zrobić. Szary Robak pewnie się cieszył, bo to zawsze ktoś nowy do zamordowania. A Daenerys? Ta weszła już w stu procentach w totalitarny tryb, urządzając sobie wiwat godny największych tyranów. Ba, nawet skrzydeł się dorobiła! A jednak, jak się nad tym zastanowić, widać w jej postępowaniu pewien brak konsekwencji. "Wyzwalając" aż do skutku, była wszak gotowa poświęcić wszystko i wszystkich, lecz nie zdecydowała się szybko pozbyć największego zagrożenia. Gdy wpadała ostatnio w szał zabijania, można przecież było oczekiwać, że to nie ograniczy się do bezimiennych mieszkańców Królewskiej Przystani, lecz pod ogień pójdą także ci nie do końca akceptujący jej styl rządzenia. Ot, choćby ukochany, który przypadkiem ma większe prawa do tronu od niej. Ale nie, oczywiście, że opętanie Daenerys musiało mieć swoje granice. Wystarczające, by być mroczną jak diabli władczynią, która sama może określać, czym jest dobro, ale nie na tyle posunięte, by nie dać się nabrać płaczliwemu spojrzeniu swojego bratanka. Wychodzi na to, że Szalona Królowa była jednak trochę za mało szalona, żeby doprowadzić sprawy do końca, przez co skończyła, jak skończyła. I jak skończyć musiała, chciałoby się dodać, bo rzecz jasna taka śmierć Dany to jak najbardziej naturalne rozwiązanie. W tym przypadku nie równa się to jednak rozwiązaniu dobremu, bo przeprowadzono je w tak łopatologiczny i nadęty sposób, że zamiast wyciskać łzy, kolejne sceny przyprawiały mnie jedynie o zgrzytanie zębów. Począwszy od rozmowy Jona z Tyrionem, w której ten jak na talerzu wyłożył powody zmiany w charakterze Daenerys oraz swojej upartej wiary w nią, a skończywszy na ostatnich chwilach Matki Smoków, już ze sztyletem w sercu, godnym najgorszego rodzaju melodramatów. Przejęliście się? Ja niestety nie bardzo. Ani gdy bohaterka konała w ramionach Jona, ani gdy wcześniej wyjątkowo pożądliwym wzrokiem obdarzała pewne paskudne krzesło, ani gdy odlatywała martwa w nieznane w smoczych szponach. No dobra, Drogon przeżywający jej śmierć nieco mnie ruszył, ale to tyle. Może miał z tym coś wspólnego nieznośny kicz, jaki towarzyszył praktycznie każdemu ujęciu, z wisienką na torcie w scenie topienia Żelaznego Tronu? Może, ale jednak bardziej skłaniałbym się ku innej przyczynie. Mianowicie takiej, że te kluczowe momenty odcinka kompletnie nie zagrały pod względem emocjonalnym, choć w teorii wszystko było na swoim miejscu. Mimo tego ani przez moment nie uwierzyłem w wielkie cierpienie rozdartego między miłością a obowiązkiem Jona, uczucie łączące go z Daenerys czy wreszcie jej szaleństwo (dodajmy, że to nie wina Emilii Clarke, której nie było często okazji chwalić, ale tu zrobiła swoje). Twórcy wyłożyli karty na stół, ale okazało się, że te są wyjątkowo słabe – tak jak fabularne fundamenty serialu, które najpierw były aż nazbyt drobiazgowo budowane przez sześć sezonów, by potem zostać wywrócone do góry nogami w szaleńczej pogoni do mety. Gra o tron – kto będzie rządził Westeros? Czyli co, koniec? Daleki od przekonującego, ale chyba jedyny możliwy? Nie, skądże znowu! Przecież to "Gra o tron", a że tytuł zobowiązuje, to przydałoby się w końcu kogoś na tym władczym fotelu posadzić. Czy tam na czymkolwiek innym, co miało przejąć rolę najważniejszego stołka w Westeros po Żelaznym Tronie. W tym celu zaś trzeba nam było przenieść się kilka tygodni naprzód, na posiedzenie najważniejszych ludzi we wszystkich Siedmiu Królestwach, którzy wprawdzie zebrali się, żeby osądzić Tyriona i Jona, ale przy okazji zmienili ustrój, bo czemu nie? Dobra, po kolei, bo ta sekwencja jednak nie była twórczym dowcipem, lecz całkiem poważną naradą. A przynajmniej tak próbowano ją przedstawić, choć trudno mówić o powadze, gdy sądzony więzień od słowa do słowa staje się prowadzącym dyskusję. Wygląda na to, że jej sztuka na dobre wyginęła w Westeros wraz z Littlefingerem i Varysem, więc nic dziwnego, że Tyrion momentalnie owinął sobie wszystkich wokół palca. Pozostaje tylko pytanie, czemu u licha uznał, że posadzenie na tronie Brana będzie idealnym rozwiązaniem? Choć chciałbym, naprawdę nie potrafię znaleźć sensownej odpowiedzi na to pytanie, więc wygląda na to, że znów musimy wziąć wszystko na wiarę. Nie no, nie ma problemu, skoro uwierzyliśmy już w miłość dwójki Targaryenów i szaleństwo, "bo zabili mi smoka i przyjaciółkę", to czemu nie w króla, który ma dobrą pamięć? Tak, tak, wiem, że nie bez powodu w jednym z wcześniejszych odcinków pokazano nam zainteresowanie Tyriona historią Brana i ich rozmowę w cztery oczy. Ale co z tego? Wybaczcie, nic nie mam przeciwko temu bohaterowi i uważam go za całkiem interesujący dodatek, ale… no właśnie, dodatek. Nie króla Siedmiu Sześciu Królestw! Równie dobrze mogli tam posadzić Robina Arryna (Lino Facioli), który całkiem zdrowo wyrósł oderwany na siłę od matczynej piersi, czy Edmure'a Tully'ego (Tobias Menzies), który wyraźnie nie zna swojego miejsca w szeregu. Albo chociaż Gendry'ego za to, ile się swego czasu nawiosłował. Wybaczcie suche żarty, ale co innego mi pozostało? Twórcy sami przecież do takiej sytuacji doprowadzili, traktując naradę o przyszłości Westeros jak jakiś zlot totalnych naiwniaków, którzy nie bardzo wiedzą, czego chcą i nie potrafią do tego doprowadzić. Nie przeczę, było całkiem zabawnie, szczególnie w uroczym momencie wyśmiewania demokracji, ale przepraszam, to "Gra o tron" czy jakaś kiepska satyra polityczna? Podsumowaniem niech będzie fakt, że nowego króla przedwstawił ciągle zakuty w kajdany Tyrion, zaraz po tym, jak oderwanie od Siedmiu Królestw ogłosiła w imieniu Północy Sansa. Czemu inni nie zażyczyli sobie osobnych rządów? Nie wiem, może powstrzymała ich uderzająca charyzma Brana Kalekiego? Albo roztaczająca się przed nimi piękna wizja systemu elekcyjnego? Na pewno jest to sprawa do przemyślenia na później, gdy tylko uporam się z dręczącym mnie po tych bardzo dziwnych scenach pytaniem: naprawdę po to było to wszystko? Gra o tron rozczarowuje w ostatnim odcinku Po to, żeby ratujący wszystkim cztery litery Jon został zesłany do Nocnej Straży? By Szary Robak pożeglował z Nieskalanymi na Naath zgodnie z życzeniem Missandei, a Brienne została kronikarką losów Jamiego? A może po to, byśmy dostali kolejną na poły komediową scenkę z nowo wybraną małą radą i brylującym w niej Bronnem? Nie powiem, znów było dowcipnie (może by tak o nich zrobić jakiś spin-off?), ale jeszcze raz zapytam: przepraszam, kto mi zabrał "Grę o tron"? Trzeba przyznać, że jeśli twórcom chodziło o to, by z każdą kolejną sceną widzowie byli coraz mocniej zaskoczeni, to wyszło im nieźle. Fanowskie teorie poszły już dawno w odstawkę, sens też, serialowa godność w dużej części również – jak się bawić, to się bawić! Trochę sytuację uratowało pożegnanie ze Starkami, którzy otrzymali, co im się należało, ale w gruncie rzeczy w sedno trafił Tyrion, mówiąc, że skoro nikt nie jest do końca szczęśliwy, to wygląda na całkiem niezły kompromis. O ile jednak rzeczywiście przyzwoicie mają się sprawy dla ocalałych bohaterów, o tyle widzowie są w nieco gorszej sytuacji. Zostaliśmy bowiem z rozwiązaniami zadziwiająco bezpiecznymi, niemającymi praktycznie nic z wspólnego z czasami, gdy "Gra o tron" potrafiła wzbudzać autentyczne emocje. Pewnie, dobrze, że Sansa została Królową Północy, należało jej się. Ale równie dobrze należało jej się więcej czasu antenowego, który marnowaliśmy na postaci niedorastające jej do pięt. Fajnie że Arya odpłynęła w nieznane (swoją drogą, jej losy to kolejny dobry temat na spin-off), jednak i ją sprowadzono w finałowym odcinku do roli rekwizytu. Miło wreszcie, że Jon, Duch i Tormund jednak doczekali się wspólnego happy endu, ale chyba nie do końca na to liczyliśmy. A przynajmniej nie tylko na to (choć sam fakt, że najwięcej emocji budzą w odcinku sceny z udziałem zwierzaków, sporo o nim mówi), bo przecież nie chodzi o to, że finałowe rozstrzygnięcia mi się kompletnie nie podobają. Bynajmniej, sporą ich część kilka tygodni temu wziąłbym w ciemno, bo brzmiałyby jak bajka. Wtedy jednak nie mogłem wiedzieć, że droga do nich prowadząca zostanie tak okrutnie skrócona, że koniec nie będzie w żadnym stopniu satysfakcjonujący. Do głowy by mi wówczas nie przyszło, że nawet potrafiący bezceremonialnie obchodzić się z postaciami i wątkami David Benioff i Weiss, postawią w aż takim stopniu na tandetne efekciarstwo oraz banały. Zwyczajnie bym nie uwierzył, że za nic będą mieć budowaną przez lata więź z bohaterami i tkwiące w ich historiach dramaty, zamieniając może niedoskonałą, ale na pewno pieczołowicie tworzoną fabułę, w ciąg pospiesznych rozwiązań. Jednak stało się, a przez to nawet dumnie brzmiąca "Pieśń Lodu i Ognia", która w teorii miała oddawać hołd autorowi oryginału, wygląda na kolejny kiepski dowcip ze strony twórców. Patrzcie, nie tylko zrobiliśmy serial, ale i książkę napisaliśmy szybciej niż George Martin! Brawo drodzy państwo, jakimś sposobem udało wam się sprowadzić "Grę o tron" do roli żartu. A to w przypadku serialu, który bez dwóch zdań stał się fenomenem kulturowym i czymś znaczącym dla milionów fanów, jest rzeczą po prostu przykrą. Gra o tron jest dostępna w HBO GO
Gra o tron przechodzi do historii. Po ośmiu długich latach, 73 odcinkach i niezliczonej ilości zwrotów akcji od dawna zapowiadana zima w końcu nadeszła. Twórcy serii - David Benioff i Weiss - postawili w ostatnim sezonie na pozbawione wszelkiej logiki rozwiązania, aby w odcinku pt. "The Iron Throne" zafundować nam słodko-gorzki finał, którego chyba żaden z fanów nie byłby w stanie przewidzieć. Jeśli śledziliście wszystkie odcinki finałowego sezonu, to istnieje duża szansa, że po części byliście już pogodzeni z tym że finał jednej z najważniejszych produkcji w historii telewizji nie sprosta oczekiwaniom. Tym z was, którzy potrzebują jeszcze trochę ponarzekać na scenarzystów czy fakt, że bohaterom "odebrano rozum i godność" polecam tekst kolegi Radka, który stwierdził kilka dni temu, że "z serialu została wydmuszka", a pozostałym gratuluję, że dotrwali do końca. Będąc zaledwie kilkanaście minut po seansie ostatniego odcinka nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie z pełnym przekonaniem na stawiane już w memach pytanie "czy na taki finał warto było czekać osiem długich lat?", ale w 73. odsłonie serii nie zabrakło wielkich momentów i charakterystycznej ścieżki dźwiękowej, którą usłyszeliśmy dzisiaj po raz ostatni. Wybrałem dla was najważniejsze momenty trwającego ponad 75 minut odcinka, którego zwieńczeniem była nieco spokojniejsza wersja "Pieśni Lodu i Ognia". Pożegnanie z Daenerys Targaryen Jeśli była w serialu jakaś postać, za którą trzymałem kciuki od kilku ostatnich sezonów to do czasu przedostatniego odcinka serii była nią właśnie Dany i wcielająca się w rolę Matki Smoków Emilia Clarke. Po tym, jak z pomocą smoka zdecydowała się - z niejasnych powodów - spalić miasto i niewinnych mieszkańców (w tym kobiety i dzieci) było jasne, że za takie zachowanie prędzej czy później spotka ją kara. W ostatnim odcinku szybko dowiadujemy się, że klęska Cersei Lannister to dla chcącej uwolnić cały świat spod władzy "tyranów", Daenerys zdecydowanie za mało. W swoich ostatnich słowach wypowiedzianych przy Żelaznym Tronie mówi o wizji " świata idealnego" i próbuje przekonać do nich rozwścieczonego Jona. Ten doskonale zdaje sobie jednak sprawę, że jeśli Dany przeżyje to "szczęśliwy koniec" dla rodu Starków będzie niemożliwy. Zabrakło mi w tej scenie "ostatniego słowa" z ust umierającej na barkach ukochanego Matki Smoków, ale dostaliśmy przynajmniej smoka, który raz na zawsze zakończył spór o Żelazny Tron. Hell yeah! Jon Snow dostał finał, o który się nie prosił Pamiętacie aktualne jeszcze kilka sezonów temu hasło "You know nothing Jon Snow"? - wtedy wszystko było dla Jona łatwiejsze. Informacja o tym, że to właśnie on jest prawowitym namiestnikiem Żelaznego Tronu, zapoczątkowała cykl wydarzeń, które doprowadziły bohatera z powrotem do Nocnej Straży. W ostatnim odcinku serii Snow nie dość, że wbił sztylet w serce ukochanej, to musiał pożegnać się z rodziną i na zawsze opuścić rodzinę i przyjaciół. Jedynym pozytywnym momentem, który sprezentowali Jonowi twórcy serii, jest spotkanie z ukochanym wilkiem albinosem. Scena, o którą prosiło wielu fanów, z pewnością zostanie doceniona, ale mimo to wydaje mi się, że Snow zasłużył przez ostatnie lata na trochę więcej niż wieczna warta w Nocnej Straży, która w zasadzie nie ma już racji bytu. Tyrion - złych decyzji ciąg dalszy Zdecydowana większość doskonale zdawała sobie sprawę, że najgorszy z koszmarów Tyriona prędzej czy później stanie się rzeczywistością. W finałowym odcinku potwierdza się to, czego zwiastun dostaliśmy już w ubiegłym tygodniu - Cersei i Jamie giną we wspólnym objęciu pod gruzami zamku, a Tyrion zostaje ostatnim żyjącym przedstawicielem rodu Lannisterów. Trwające kilkanaście sekund zbliżenie na pogrążonego w płaczu Tyriona zrobiło robotę do tego stopnia, że nawet ja sięgnąłem wtedy po chusteczki. W pierwszych sezonach Tyrion był uwielbiającym wizyty w burdelach, nieszanowanym nawet przez własnego ojca karłem, ale z każdym kolejnym odcinkiem jego rola w serialu była coraz bardziej znacząca. Niestety w ostatniej odsłonie serii, passa złych decyzji Tyriona się nie kończy, ale mimo to udaje mu się wyjść z tytułowej "Gry o tron" w jednym kawałku. Na pocieszenie dostaje też nową posadę w roli doradcy Króla Brana - całkiem niezły finał. Niemożliwe? A jednak! Bran Stark wygrywa Grę o tron Postać najmłodszego z rodu Starków była prawdopodobnie najbardziej tajemniczą w finałowym sezonie. Podczas gdy przed premierą finałowego sezonu fanom wydawało się, że nieograniczona wiedza chłopaka będzie miała znaczący wpływ na losy pozostałych bohaterów, Bran przez cały czas pozostawał z tyłu. To jeden z głównych powodów, dla którego finałowy odcinek jest tak zaskakujący. Chłopak, który większość swojego czasu spędził gadając z wronami pod majestatycznym drzewem, dostaje koronę. Argumenty, które padają z ust Tyriona w momencie wyboru nowego króla brzmią może i sensownie - "poddanych nie jednoczą flagi czy wielotysięczne armie, ale historia" - ale do jasnej cholery... to nie tak miało być! Czekam na oficjalne przeprosiny od twórców, bo tym razem przesadzili. To już jest koniec. Abstrahując od nastroju, w jakim pozostawiały mnie kolejne odcinki finałowego sezonu, niesprawiedliwe byłoby napisać, że ostatnie 115 minut jednej z największych produkcji telewizyjnych dekady są totalną porażką. W odróżnieniu od wcześniejszych pięciu odcinków, po seansie, których towarzyszyło mi głównie rozgoryczenie, tym razem skończyło się na niedosycie, a to już zmiana na lepsze. Czy można było zamknąć trwającą od ponad ośmiu lat historię lepiej? Jasne, że tak, ale najpierw twórcy musieliby raz jeszcze usiąść nad scenariuszem wszystkich poprzednich odcinków finałowego sezonu. Tak, aby całość miała większy sens i była zrozumiała dla fanów. Ostatni w historii serii odcinek dostaliśmy w momencie, w którym ponad milion osób podpisało w Internecie petycję o ponowne nakręcenie ósmego sezonu. To najlepszy dowód na to, że w tym roku zdecydowanie coś nie zagrało i może to i dobrze, że nie będzie już nic więcej. Po tak rozczarowującym sezonie, znalazłoby się wielu fanów, którzy na wiadomość o kolejnych odcinkach powiedzieliby po prostu "dość". Zobacz też: "Gra o tron" w liczbach
Ostatni odcinek serialu "Gra o tron" został wyemitowany w Polsce 20 maja o w nocy. Po finale hitowej produkcji, fani serii zastawiają się, czy George Martin, autor cyklu, na podstawie którego oparty został serial, w ten sam sposób zakończy swoje powieści, nad którymi obecnie pracuje. We wpisie na swoim blogu podkreślił, że nie może uwierzyć, że to już koniec produkcji HBO oraz częściowo odniósł się do wątpliwości fanów. „Czy naprawdę upłynęło ponad dziesięć lat, od kiedy mój menadżer Vince Gerardis zorganizował spotkanie w Los Angeles, a ja po raz pierwszy usiadłem z Davidem Benioffem i DB Weissem na lunch, który przeciągnął się na długo po obiedzie?” – napisał Martin o początkach współpracy z HBO i twórcami serialu. „Zapytałem ich wtedy, czy wiedzą, kim jest matka Jona Snowa. Całe szczęście, wiedzieli” – podkreślił. Jak przyznał pisarz, nie miał wówczas pojęcia, że serial na podstawie jego powieści „stanie się najbardziej udanym show w historii HBO, wygra rekordową liczbę nagród Emmy i stanie się najpopularniejszym i najczęściej nielegalnie ściąganym serialem na świecie”. „Delikatnie to ujmując, to była szalona jazda” – zaznaczył. Martin potwierdził także oficjalnie, że nie jest to koniec jego współpracy z HBO, gdyż „jako producent ma pięć programów w stacji”. Nie są one jednak związane ze światem Westeros. Twórca „Gry o tron” odniósł się również do tego, co najbardziej interesuje fanów jego twórczości -zakończenia „Pieśni lodu i ognia”. „Nadal piszę. Zima nadchodzi, powiedziałem wam to już dawno temu. I tak jest” - napisał. „Wichry zimy bardzo się spóźnią, wiem. Ale to zrobię. Nie powiem, kiedy, ale to skończę, a później przyjdzie Sen o wiośnie” - podkreślił. Odpowiadając na pytania fanów, zastanawiających się, czy „Pieśń lodu i ognia” skończy się tak sam, jak serial, napisał, że „I tak, i nie”. „Pracuję w innym medium niż David i Dan. Oni mieli na ostatni sezon sześć godzin. Ja spodziewam się, że ostatnie dwie książki zajmą 3000 stron maszynopisu” - stwierdził. „A jeśli potrzebnych będzie więcej stron, rozdziałów i scen, to je dodam” – zaznaczył i przypomniał jednocześnie, że w jego powieściach występują zarówno postacie, które albo nie pojawiły się na ekranie wcale, jak i takie, które w produkcji HBO zginęły, a w książkach wciąż żyją. Wskazując przykłady wymienił między innymi Lady Stoneheart, Victariona Greyjoya i Aegona VI. Pisarz podkreślił, że ci bohaterowie sprawić mogą, że wydarzenia w powieści potoczą się zupełnie inaczej niż w serialu. Jak zagwarantował Martin, kiedy skończy „Wichry Zimy” i „Sen o Wiośnie”, czytelnicy poznają los wszystkich postaci, niezależnie od tego, czy są one mniej czy bardziej ważne. Podsumowując, Martin stwierdził, że spór o to, które zakończenie będzie bardziej kanoniczne, jest głupie. „Książka czy serial, które zakończenie będzie tym „prawdziwym”? To głupie pytanie” uważa pisarz. „Napiszę to, a wy to przeczytacie. Wtedy każdy będzie mógł podjąć decyzję i kłócić się o to w Internecie” – podkreślił George Martin.